Shrink - blog rowerowy

Dookoła jeziora Miedwie

Niedziela, 13 maja 2012

164.11 km, 20.00 km teren, 07:33 h, 21.74 km/h, maksymalnie: 48.30 km/h, temperatura: 12.0 ºC, rower: Level

I. Dojazd do Stargardu.
Pomysł objechania Miedwia trasą maratonu rzucił Hubert. Kiedy przystałem na tę propozycję i ustaliliśmy termin, okazało się, że kompan nie będzie mógł pojechać. Musiałem więc jechać sam. Ze względu na paskudną pogodę nigdzie bym się nie ruszał, gdyby nie to, że Jarek zapowiedział na Forum RS, że pojedzie na objazd trasy maratonu organizowany przez STC niezależnie od pogody. A że dawno nie widziałem kolegi i co tu kryć - tęskniłem za nim - pojechałem. Od początku zniechęcało mnie zimno, silny wiatr i mżawka. Zastanawiałem się nawet, czy nie zatoczyć małej pętelki, wrócić szybko do domu i udawać, że właśnie krótką przejażdżkę miałem w planie na ten dzień.
Postanowiłem jednak zacisnąć zęby i cisnąć wytrwale do Stargardu. Z powodu porannego guzdrania się, miałem ok. 100 minut na przebycie dystansu ~42 km do wyznaczonego przez STC miejsca spotkania. Cisnąłem jak mogłem, mimo to spóźniłem się 4 minuty i nikogo już nie zastałem. Na szczęście przy końcu ulicy Szczecińskiej natrafiłem na małą grupkę rowerzystów i dołączyłem do niej. Całe szczęście, bo nie znałem ani trasy maratonu, ani nie wiedziałem, jak dojechać nad Miedwie.
II. Dookoła Miedwia.
Nad Miedwiem spotkał się tłum rowerzystów, poczułem się więc nieco zagubiony, dlatego szybko odszukałem znajome twarze. Ze Szczecina przybyli Basia i Jarek.



Trasę przejechaliśmy wspólnie (nie mogłem liczyć na towarzystwo jednego kolegi, dlatego zorganizowałem sobie towarzystwo stu osiemnastu rowerzystów).
Mimo tego, ze był to jedynie wstępny objazd trasy, organizator maratonu bardzo się postarał i był bufet ze słynnym już sernikiem (i mnóstwem innych, pysznych ciast).




Po bufecie nastąpiło rozerwanie peletonu. Część uczestników kontynuowała turystyczną jazdę, a część próbowała chyba spalić jak najszybciej pożarte węglowodany.




A tu najmłodsi uczestnicy wycieczki - wielki szacunek!





Gdy wyjechaliśmy wreszcie z betonowych płyt na asfalt, wrzuciliśmy wcale niemałe tempo +30 km/h, po czym Jarek rzucił: "spotkamy się na mecie" i szybko zniknął na horyzoncie. Znając jego możliwości nawet nie próbowałem go gonić. Kawałek dalej wdałem się w rozmowę ze stargardzkimi rowerzystami i w szybkim tempie dojechałem z nimi do granic Stargardu. Przegapiłem przez to zjazd nad jezioro i ze szczecińskimi znajomymi musiałem pożegnać się jedynie telefonicznie.
III Powrót do domu.
W Stargardzie pstryknąłem dwa zdjęcia...




... i ruszyłem samotnie w drogę powrotną. (W Stargardzie jest tyle zabytków, że zastanawiam się nad przyjazdem tam wyłącznie w celu fotograficznym). Do Stargardu jechałem pod wiatr, spodziewałem się więc łatwego powrotu do domu. Niestety, przez te kilka godzin wiatr zmienił kierunek i znowu wiał w twarz :/
W okolicach Maszewa zaczynałem tracić moc, a koło Jenikowa "wywaliło mi korki". Musiałem odpocząć 10 minut zjadając w międzyczasie dwie kanapki, co błyskawicznie postawiło mnie na nogi.
Jednak jeden bufet na takim dystansie to za mało, aby próbować przejechać go bez odpoczynków.




Z rana

Piątek, 11 maja 2012

35.15 km, 3.08 km teren, 01:26 h, 24.52 km/h, maksymalnie: 54.10 km/h, temperatura: 26.0 ºC, rower: Level

Żal by było nie wykręcić kilku kilometrów w taki piękny poranek, dlatego pojechałem przed siebie bez pomysłu i wyszło:

Nowogard - Miętno - Glicko - Sikorki - Grabin - Łęgno - Błotno - Ogorzele - Karsk - Nowogard




Za Błotnem sprawdziłem, dokąd wiedzie szeroka, leśna szutrówka.



Dziwna to inwestycja, bo droga zwęża się już po siedmiuset metrach, a po dwóch kilometrach przechodzi w zwykłą drogę leśną, pełną piachu. Zgodnie z moim przewidywaniem, dochodzi do Łęgna.
Na powrocie silny wiatr w twarz, ale przy tej temperaturze to nie tragedia.
Maksymalna prędkość tej krótkiej przejażdżki to efekt podłączenia się do ciężarówki z drewnem, która wyjechała przede mną z bocznej drogi. Długo się za nią nie utrzymałem, bo ciągle przyśpieszała.




Do Grześka

Środa, 9 maja 2012

20.90 km, 0.30 km teren, 00:48 h, 26.12 km/h, maksymalnie: 45.60 km/h, temperatura: 20.0 ºC, rower: Level

Wieczorem, po pracy, podjechałem do Ostrzycy, żeby przy okazji rowerowej przejażdżki wymienić z Grześkiem kilka zdań.




Rekreacyjnie

Wtorek, 8 maja 2012

20.73 km, 7.80 km teren, 01:02 h, 20.06 km/h, maksymalnie: 36.80 km/h, temperatura: 17.0 ºC, rower: Level

Dzisiaj była siłka, później dużo potu wylanego na bieżni, dlatego wyjście na rower potraktowałem jedynie rekreacyjnie. Pokręciłem się trochę po najbliższej okolicy.
Na polnej drodze próbowałem dogonić zająca, ale skubaniec gonił chyba na twardych przełożeniach i nie miałem z nim szans ;)




Wokół Jeziora Lubie

Czwartek, 3 maja 2012

184.86 km, 37.20 km teren, 08:47 h, 21.05 km/h, maksymalnie: 43.80 km/h, temperatura: 21.0 ºC, rower: Level

Nowogard - Wierzbięcin - Dobra - Zwierzynek - Mielno - Trzebawie - Cieszyno - Winniki - Węgorzyno - Przytoń - Brzeźniak - Kumki - Drawsko Pomorskie - Gudowo - Lubieszewo - Zatonie - Sienica - Karwice - Mielenko Drawskie - Ziemsko - Studnica - Storkowo - Ińsko - Kamienny Most - Chociwel - Dobropole - Dobra - Błądkowo - Ostrzyca - Nowogard

Na pomysł objechania jeziora Lubie dookoła wpadł Hubert już kilka miesięcy temu. Plan spodobał się kilku osobom, które dołączały się po drodze. Najpierw więc dojechałem do Bartka, który rozpoczął wycieczkę od łatania dętki, ledwie 100 metrów od domu. W tym czasie Grzesiek zgodnie z planem czekał już na nas w Wierzbięcinie. Zadzwoniłem do niego z informacją, że mamy nieplanowany postój, dojechał więc do nas i już w trójkę pojechaliśmy do Dobrej, na spotkanie z Hubertem.
Następną miejscowością na trasie było Węgorzyno, gdzie czekał na nas Michał. Spotkanie miało niespodziewanie bardzo romantyczny charakter, bo z pobliskiego kościoła słychać było "Ave Maria", podobno zamówione przez Michała dla uczczenia naszego przyjazdu ;)
Do Drawska Pomorskiego dotarliśmy najkrótszą drogą, co wiązało się z tym, że na czterokilometrowym odcinku wiodła nas ona przez leśne piachy.





W Drawsku zrobiliśmy krótką przerwę na zapoznanie się z mapą i próbę ustalenia, gdzie zaczyna się czerwony szlak rowerowy wiodący wokół Lubia. Informacji udzielił nam policjant na motocyklu, który zatrzymał nas, gdy beztrosko jechaliśmy pod prąd w centrum miasta ;)





Co do szlaku wokół jeziora: dla nas był tylko pomysłem na rowerową wycieczkę i zupełnie nie spodziewaliśmy się, jak bardzo jest atrakcyjny. Przebiega po wszelkich możliwych nawierzchniach, od gładkiego asfaltu, przez drogi z betonowych płyt, drogi polne, leśne szutry, czasem dość grząski piach. Jezioro Lubie kilka razy widać z daleka, choć w wielu miejscach można dojechać do jego brzegu. Tereny są bardzo malownicze, a że wiodą po morenowych pagórkach, nie brakuje wielu zjazdów i podjazdów.
Po drodze spotkaliśmy ponad dwudziestoosobową grupę rowerzystów z Drawska, którzy w tym dniu również jechali czerwonym szlakiem. Nie dziwię się, że w okolicy jest tylu rowerzystów, bo tereny mają wyjątkowo atrakcyjne. Nad Drawą zatrzymali się z zamiarem rozpalenia ogniska, więc po kilku minutach pogawędki na tematy rowerowo - turystyczne pojechaliśmy dalej.










Wracaliśmy przez tereny poligonowe, o czym informowały nas gęsto rozmieszczone tablice ostrzegawcze. W Ińsku zjedliśmy pizzę, za Ińskiem pożegnaliśmy Michała, który odbił w kierunku Stargardu i wróciliśmy przez Chociwel, zostawiając później Huberta w Dobrej i Grześka w Ostrzycy.
Wszystkim nam w tym dniu wyjątkowo dobrze "noga podawała". Mimo niemałego dystansu i przejechania wymagającego szlaku dookoła jeziora, cisnęliśmy przez całą wycieczkę, jakbyśmy dopiero co wsiedli na rowery. Oby tak było nadal :)

Najlepszym podsumowaniem wycieczki są słowa Grzesia. Jeździ coraz szybciej i coraz dalej po asfalcie, dlatego kilka razy wspominał mi o chęci kupienia szosówki. A wczoraj na którymś z fantastycznych zjazdów leśną szutrówką krzyknął:
O KUR..., ALE ZAJ...ŚCIE! PIER...LĘ SZOSĘ! GÓRAL TO JEST TO!

Nie sposób się z nim nie zgodzić :)